Można oszaleć – Krystyna Różanowska [recenzja]

Można oszaleć to książka, która opowiada historię szpitala psychiatrycznego w Kobierzynie. Na kilkuset stronach przeplatają się losy kompleksu, jego personelu, a także pacjentów. To barwna opowieść, której początki sięgają aż 1903 roku!  Nie będzie to jednak historia brutalna i pełna ludzkiego cierpienia, w każdym razie nie tylko o tym jest ta książka. Można oszaleć to wielowątkowa opowieść, próba podsumowania i rozliczenia historii równie zawiłej jak zawiła jest każda historia ludzkiego żywota, zdrowego czy chorego.

Książka Krystyny Różańskiej to nie wyłącznie zapis ludzkich myśli i przeżyć, jest to także świetnie zrekonstruowany obraz ówczesnej architektury i przyświecającej jej idei – dzięki której powstało to wyjątkowe miejsca na mapie Polski. Za sprawą miłości do detalu autorce udaje się ukazać czytelnikowi jak niezwykła i wymagająca wielkich starań, była budowa tego wspaniałego kompleksu, dedykowanego przecież nie dla bogatych pensjonariuszy modnego kurortu, a dla ludzi najbardziej bezbronnych i pogardzanych przez wieki. Chorych, którzy tutaj od ponad stu lat znajdują prawdziwe schronienie, potocznie czy też pogardliwie wielu z nas nazywa wariatami. A kim byli i kim są pacjenci kobierzyńskiego szpitala w istocie? Czytajcie dalej…


Pamiętajmy, że w minionych czasach wstydzono się ludzi chorych psychicznie, rzeczą skandaliczną w naszych oczach, a wtedy powszechną było ukrywanie ludzi chorych przed innymi. Zdarzało się i tak, że dotkniętych chorobą bliskich rodziny latami trzymały w stajniach, w klatkach czy zapomnianych przez Boga komórkach. W istocie traktując biedaków bardziej jak zwierzęta niż istoty ludzkie.

Jak wyglądali pacjenci Kobierzyna? Czy byli w większości przerażającymi istotami? Niebezpiecznymi potworami? Czy może zabiedzonymi nędznikami? W książce na szczęście znajdziemy sporo fotografii archiwalnych, przedstawiających również mieszkańców kobierzyńskiego kompleksu. Mężczyźni, kobiety, dzieci, wszyscy w staromodnych strojach i fryzurach spoglądają ze stron zmienionymi chorobą oczami. Przerażają, wzbudzają współczucie, ale też zaciekawiają, opowieściami kryjącymi się za każdym takim zatraconym spojrzeniem.

Bogaci i biedacy, bo choroba nie wybiera, a gdy się ujawnia, można polegać tylko na rzetelności i odpowiedzialności innego człowieka. Rodziny, przyjaciół, kogoś bliskiego, kto w porę zorganizuje pomoc i leczenie. Mury Kobierzyna widziały już chyba wszystko, a pracownicy mogą opowiadać wiele nocy, mrożące krew w żyłach historie swoich podopiecznych. Kilka takich opisów znajdziecie w książce Różańskiej, m.in. historię kobiety, która zamordowała własne dziecko, w czasie, kiedy starsze bawiło się beztrosko w ogrodzie. Chora przez wiele dni całkowicie milczała, odcięta od rzeczywistego świata. Wreszcie po długim czasie ze swojego nieszczęścia zwierzyła się jednej z pracownic szpitala.  Wyznała jej, że była przekonana, że wszystkie jej dzieci zostaną potępione, chcąc je przed tym uchronić dopuściła się zabójstwa. Oczywiście, kiedy psychoza tej kobiety minęła i pojęła ona, co zrobiła, zaczęła popadać w straszliwą depresję. Wypisana ze szpitala prawdopodobnie odebrała sobie życie. Nie powinien czytelników zatem dziwić fakt, że klamki w Kobierzynie mają dość dziwny kształt; gładkie, nie odstają od drzwi i opadają stromo w dół, uniemożliwiają skutecznie odebranie sobie życia.

Oczywiście są też mniej drastyczne przypadki. Kobierzyn to wyjątkowe miejsce, zatrzymują się w nim ludzie z bagażem różnych życiowych doświadczeń. Te doświadczenia często ich przygniatają, nie pozwalając iść dalej, zwyczajnie żyć. Ludzie zatrzymują się w Kobierzynie na chwilę, aby uporządkować swoje emocje, nabrać sił i być może przepakować bagaże, zostawiając w szpitalu zbędny balast, a jeśli tego nie potrafią, pozostając w murach szpitala na zawsze. Jednak, – o czym warto pamiętać – nie ma skutecznego lekarstwa na brak miłości lub samotność. Dlatego ważną formą terapii w Kobierzynie była po prostu praca, dająca zajęcie i zapomnienie. Pacjenci, po uwzględnieniu ich stanu zdrowia i zgodnie z zamiłowaniami, byli angażowani do różnych żądań, pracowali więc w ogrodzie, w parku, w polu, w drukarni, w warsztatach: tkackim, szewskim, stolarskim, krawieckim, a kobiety także w kuchni. Taka praktyka realnie odbijała się w sposób pozytywny na ich stan zdrowia.

Jednymi z najbardziej przejmujących opisów w książce są świadectwa związane z losami Kobierzyna w czasach wojny. Jak czytamy w książce „W czasie wojny było tu strasznie”. Kiedy ludzie w popłochu uciekali na wschód przed Niemcami, w bramie szpitala psychiatrycznego pojawił się polski oficer, przestrzegając personel i siostry zakonne przed okrucieństwami Niemców dokonywanymi na Polakach. Mimo tego, że mówiło się o makabrycznych zbrodniach większość pracowników szpitala nie tylko został na miejscu, ale także pomogła wśród pacjentów ukryć się wielu polskim żołnierzom, niemającym już zdrowia i sił walczyć ani uciekać. Pomimo straszliwej zawieruchy wojennej Kobierzyn trwał, nie bacząc na głód i zimno, które zbierały obfity plon wśród pacjentów, umierających jeden po drugim z wycieńczenia lub wyziębienia. Największa tragedia przyszła dopiero razem z esesmanami –  w czerwcu 1942 roku. Niemcy zarządzili wtedy „ewakuację” pacjentów i lekarzy do Drewicy koło Warszawy. Przewóz tych wszystkich ludzi był możliwy dzięki istniejącej wówczas przy szpitalu zwrotnicy, służącej pierwotnie, jako sprawny sposób dowozu wagonami węgla i żywności. Niemcy ubrani w białe fartuchy, spod których wystawały karabiny, właśnie dzięki tym wagonom „ewakuowali” niemal wszystkich mieszkańców kobierzyńskiego szpitala psychiatrycznego.

Podeszła do mnie zakonnica, która była nasza pacjentką, aby się ze mną pożegnać. Wiedziała, że idzie na śmierć. „Zobaczymy się w niebie” – powiedziała. Chciałam z nimi wtedy zginąć, choć miałam niewiele ponad trzydzieści lat – wyznaje.

Tych, którzy w przebłysku instynktu postanowili się ukryć, skrzętnie wyłapano i doprowadzono do wagonów lub rozstrzelano jeszcze tej samej nocy, rozlewając wiele krwi w szpitalnych salach. Znalezione przez personel kobierzyńskiego szpitala niemieckie rachunki z tamtego okresu, zaświadczają, że wszystkich tych ludzi wywieziono do Oświęcimia na pewna śmierć. W takich warunkach niezwykle trafne wydaje się porównanie jednej z pracownic, że wojna przypominała chorobę psychiczną, której uległy miliony, psychozę całych społeczeństw Europy.  I nawet, kiedy wydawało się, że okropieństwa wojny się skończyły, Kobierzyn o dziwo dalej był miejscem schronienia dla wyklętych ze społeczeństwa. Dawał schronienie wszystkim prześladowanym, nawet tym symulującym chorobę psychiczną, których nie przywozili ani bliscy, ani karetka pogotowia, tylko sam Urząd Bezpieczeństwa. Wszyscy oni schronili się w murach szpitala psychicznego przed surowymi wyrokami, jakie groziły wówczas przeciwnikom władzy czy żołnierzom podziemia niepodległościowego. Tu często doczekali oni politycznej odwilży.

Chcecie dowiedzieć się więcej? Przeczytajcie koniecznie książkę Można oszaleć! Dostępna na https://wydawnictwowam.pl/prod.mozna-oszalec.9208.htm?sku=76723