Kajetan Rajski: Na samych hasłach nie można budować.

Rozmawiamy z Kajetanem Rajskim studentem prawa i teologii, dziennikarzem, publicystą, a także autorem wielu książek, m.in. dwutomowej publikacji „Wilczęta. Rozmowy z dziećmi Żołnierzy Wyklętych” oraz redaktorem naczelny Kwartalnika „WYKLĘCI”.
Kajetan, masz 23 lata, a jesteś już autorem wielu książek. Powiedz jak to się robi? Nie sypiasz w nocy?

-Śpię twardym snem i to całkiem sporo. Przygotowanie publikacji wymaga rzecz jasna pewnego nakładu pracy, szczególnie zajmujące jest gromadzenie materiałów, ich analiza, przetwarzanie. Tworzenie samej treści jest już pewnym ukoronowaniem wcześniejszej pracy. Wśród publikacji mojego autorstwa znajdują się te dotyczące historii, ale również historii Kościoła czy teologii. Przy tworzeniu jako redaktor naczelny Kwartalnika „Wyklęci” towarzyszy mi kilkanaście osób z większym lub mniejszym zaangażowaniem, ale znaczną część pracy wykonuję sam. Począwszy od redakcji tekstów, spraw administracyjnych, reprezentowaniu czasopisma przed mediami, a skończywszy na noszeniu paczek do magazynu. Oprócz tego, jak wspomniałaś, studiuję dwa kierunki – IV rok prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim i II rok teologii na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie.

Jak na Kajetana Rajskiego reagują działacze starsi stażem? Wydaje się, że większość z nich ma dzieci w Twoim wieku. Czy nie spotykasz się z traktowaniem mniej serio?

-Spotykam się z całym spectrum reakcji, trudno wskazać jakieś wiodące zachowanie. Niektórzy nadmiernie wyrażają swój podziw, czego trochę nie lubię i mnie to krępuje. Oczywiście sympatycznie jest, gdy ktoś docenia, ale nie lubię przesady. U innych zauważalna jest reakcja zgoła odmienna – traktowanie jako młokosa, który na niczym się nie zna i z którym nie warto współpracować. Niestety, takie osoby też są. Kilkakrotnie spotkałem się już – albo przynajmniej słyszałem o tym – z pogardliwym traktowaniem kwartalnika jako „nienaukowego”. Owszem, czasopismo ma charakter popularnonaukowy, chociaż wiele osób uważa, że poziom artykułów i tak jest zbyt wysoki. Polecałbym jednak narzekającym na „nienaukowość” kwartalnika rozpocząć wydawanie czasopisma naukowego poświęconego temu tematowi o nakładzie 6300 egzemplarzy i mającym jakiś wpływ na środowisko patriotyczne. Idę o zakład, że im się nie uda, choć szczerze bym im kibicował i w miarę możliwości wspierał. Wracając jednak do pytania – najbardziej optymalne jest centrum, a więc podejście profesjonalne, kwestia wieku jest dopiero wtórna.

A jak reagują Twoi rówieśnicy? Podziw? Zazdrość? Z jakimi uczuciami się spotykasz?

-Również trudno wskazać wiodącą postawę. Na pewno to, czym się zajmuję, wytwarza pewien dystans. Nie chcę nikomu zarzucać niechęci czy zazdrości, raczej staram się w ten sposób nie patrzeć na ludzi. Choć nie wykluczam, że być może ktoś takie uczucia wobec mnie żywi. Trudno. Wąskie grono zaufanych koleżanek i kolegów, głównie poza studiami, zna mnie jednak od takiej codziennej strony. Mają świadomość, czym się zajmuje, ale dla nich jestem po prostu kolegą.

Wiesz, że kiedy googluje się Twoje imię i nazwisko, to nie da się nie zauważyć, że jesteś mocno związany z Kościołem. Pewnie w środowisku, w którym wyrosłeś i nadal się obracasz nie jest to niczym spektakularnym. Ale w dzisiejszym świecie coraz mniej świadectw żywej wiary u młodych ludzi. Powiedz, trudno być dzisiaj młodym mężczyzną i żyć w zgodzie z naukami Kościoła?

-Życie zgodne z naukami Kościoła nigdy nie było proste, zawsze wymagało większego lub mniejszego heroizmu. Heroizmem było męczeństwo pierwszych chrześcijan, samozaparcie i oddanie Bogu pustelników, wspólnotowe życie mnichów, pełna poświęcenia praca misjonarzy. Ale heroizmem jest też życie w małżeństwie, macierzyństwo i ojcostwo. Święty Augustyn powiedział kiedyś: „Nie uwierzyłbym Ewangelii, gdyby mnie do tego nie skłonił autorytet Kościoła katolickiego”. W moim przypadku jest nieco podobnie. Instytucja, a raczej wspólnota ludzi, mająca prawie dwa tysiące lat, która przechodziła przez rozmaite wichry i burze, a jednej wierne stoi przy Panu, musi mieć boskie pochodzenie. I choć składa się z grzesznych ludzi, a niekiedy jeszcze bardziej grzesznych zwierzchników, to jednak sam w sobie jest święty. Wierzę głęboko, że łódź Piotrowa wyjdzie również ze współczesnej burzy głębokiego zamętu doktrynalnego. Kiedyś przeczytałem takie słowa, które mocno zapadły mi w pamięć: „Pokolenia mijają, instytucje się starzeją i ulegają zmianom, stowarzyszenia się rozpraszają, sekty upadają, miasta, królestwa, cesarstwa się walą, dynastie wygasają, narody i rasy giną, albo zlewają się ze sobą, jeden tylko Kościół Rzymski, zawsze ten sam, kroczy zwycięsko przez wieki”. Kto dziś pamięta o Longobardach poza zainteresowanymi historią średniowiecza? A kto pamięta o pierwszym słowiańskim państwie Samona poza autorami publikacji historycznych? A Kościół był przed Longobardami, wtedy gdy odnosili zwycięstwa, był też przy ich zmierzchu i trwa aż do dzisiaj. Narody, państwa – to wszystko jest ważne, ale wtórne. Tylko Kościół jest wieczny, ponieważ dotyka rzeczywistości niebieskiej.

Pytasz o kryzys wiary wśród młodych ludzi. Często wynika on ze sprzeciwu wobec moralnych wskazań Kościoła. Tylko jeśli głębiej się nad nimi zastanowimy, to tak naprawdę nie mają one charakteru represyjnego, ale są one dla naszego dobra. Wielu protestuje przeciwko przykazaniu „nie cudzołóż”. A ile łez ludzkich nie zostałoby wylanych, gdyby wszyscy się do tego wskazania stosowali? Ile dzieci żyłoby w pełnej rodzinie, zamiast z samą mamą czy tatą? Przykładów można mnożyć. Warto zaufać Kościołowi, nawet jeśli w tej chwili wydaje się nam to pozbawione rozsądku i się przeciwko temu buntujemy.

Wróćmy do książek. Wilczęta to chyba jednak najgłośniejsza Twoja publikacja. Jak powstał pomysł, aby spisać te wszystkie historie rodzin Żołnierzy Wyklętych?

-Zauważyłem, że w publikacjach poświęconych Żołnierzom Wyklętym bardzo rzadko, a w praktyce niemal nigdy, nie pojawiały się wzmianki na temat rodzin, a w szczególności dzieci powojennych antykomunistów. Chciałem tę lukę zapełnić poprzez przeprowadzenie z nimi rozmów. Początkowo moim celem było przygotowanie kilku krótkich wywiadów do różnych czasopism. Jak się okazało ich objętość, a także coraz to nowe kontakty skłoniły mnie do myślenia o zbiorze wywiadów wydanych w formie książkowej.

Wilczęta to trudna lektura, wracanie nawet po latach do tych bolesnych wspomnień musiało nie być dla rodzin łatwe. Czy miałeś kłopoty z dotarciem do swoich rozmówców i przekonaniem ich do opowiedzenia swoich historii?

-Miałem z tym olbrzymie problemy. Pierwszy problem to uzyskanie informacji, że konkretny żołnierz pozostawił po sobie potomstwo, które do dziś żyje. Nie zawsze taka wiadomość jest na wyciągnięcie ręki. Gdy już zaczerpnąłem tej wiedzy, wtedy konieczne było odnalezienie kontaktu do tej osoby. Najtrudniejszym momentem było przekonanie syna lub córkę Żołnierza Wyklętego do udzielenia wywiadu. Różnica wieku, brak uprzedniej znajomości, a niejednokrotnie traumatyczne przeżycia tych osób powodowały początkową niechęć do jakichkolwiek rozmów na ten temat. Stopniowy kontakt zwiększał ich sympatię. Z wieloma spośród moich dwudziestu czterech rozmówców z obu tomów książki „Wilczęta” jestem w kontakcie, a z kilkorgiem ściśle współpracujemy. Obdarzyli mnie naprawdę dużym kredytem zaufania. Chyba żaden z nich nie żałuje, że się zgodził. Niektórzy mi dziękują mówiąc, że był to dla nich moment przełamania się, katharsis.

Czytając Wilczęta miałam takie momenty, że ze złości chciałam zamknąć z hukiem książkę, ale były i te wzruszające na przykład opisy rodzin. Jako autor masz jakąś historię, która szczególnie zapadła w pamięć?

-Przytoczenie jakiejkolwiek historii byłoby w pewnym sensie „skrzywdzeniem” pozostałych dwudziestu trzech osób. Bo czy możemy powiedzieć, że ktoś cierpiał bardziej od drugiego? Obiektywnie być może jesteśmy w stanie to weryfikować i tworzyć hierarchię, ale może ona okazać się krzywdząca. Niekiedy ktoś, kto nie miał – wydawałoby się – traumatycznych przeżyć, ze względu na swój wrażliwy charakter przeżył historię swoich rodziców daleko bardziej niż drugi.

Pamiętajmy o jeszcze jednej, niezwykle istotnej sprawie. To, że ktoś jest synem lub córką Żołnierza Wyklętego nie jest jego zasługą. Taką osobą po prostu się urodził. Znacznie ważniejsze jest to, czy w swoim dorosłym życiu był wierny ideałom, które przyświecały jego rodzicom. W ten sposób – niejako na sobie samym – zweryfikował niepodległościowe hasła wypisane na sztandarze, które wzniósł jego ojciec. Cieszę się, że pośród moich rozmówców są osoby, które bardzo aktywnie starają się upamiętnić powojenne podziemie antykomunistyczne.


Dzisiaj temat Żołnierzy Wyklętych wszedł niejako do popkultury. Mamy już odzież, komiksy, teledyski, kubki, a nawet ludzi, którzy bez zaplecza merytorycznego mianują się samozwańczo badaczami historii. Zabrzmi to nieładnie, ale to pokazuje, że ludzie wreszcie zainteresowali się tym tematem. Z drugiej strony z roku na rok coraz więcej naocznych świadków, bohaterów, odchodzi na wieczną wartę. Czy przygotowując „Wilczęta 2” zastanawiałeś się nad tym, że w niedalekiej przyszłości będziesz musiał zmierzyć się z problemem zbierania materiałów do kolejnych publikacji?

-To, że ubywa weteranów, jest normalnym stanem rzeczy. Zamiast rozpaczać nad kolejnym nekrologiem warto podziękować Bogu, że w swojej łaskawości dał zmarłemu tak długie życie, dzięki czemu mógł on opowiedzieć o swoich losach, losach jego kolegów z oddziału, być dla nas świadectwem patriotyzmu i odważnej postawy w obliczu śmierci. Pomyślmy jednak ile osób odeszło zanim temat stał się znany i głośny. Ilu zmarło w osamotnieniu w czasach PRL, ilu w latach dziewięćdziesiątych? To powinno być dla nas impulsem do większej mobilizacji.

Masz rację, że temat Wyklętych stał się elementem popkultury. I oczywiście niesie to ze sobą plusy i minusy. Plusem jest niewątpliwy „zwrot w prawo” naszego pokolenia. Ot, chociażby teraz bycie przeciwko Unii Europejskiej nie jest niczym nadzwyczajnym. Dziesięć lat temu było to przyjmowane jako oszołomstwo. Patriotyczna postawa, obecność symboli narodowych w przestrzeni publicznej – tego nie można podważyć. Jako urodzony pesymista nie mogę jednak nie wspomnieć o minusach. Przede wszystkim jest to – mam wrażenie – pewna powierzchowność. Nie jestem w stu procentach przekonany czy wszyscy, którzy noszą bluzy lub koszulki z nadrukiem „Żołnierze Wyklęci”, aby na pewno wiedzą „pi razy drzwi” kim oni byli. Nie wspominam już o tym, że dla niektórych wymienienie jakiś nazwisk poza Pileckim i „Inką” (z jej nazwiskiem bywa już gorzej) stanowi zbyt dużą trudność. Żeby było jasne – mam doskonale świadomość, że nie wszyscy muszą znać szczegółowe dane na temat konkretnych żołnierzy a także całego podziemia. Wypadałoby jednak znać chociaż podstawowe fakty, realia tamtych czasów. A dodatkowo wybrać jakąś konkretną postać, na przykład wywodzącą się lub działającą na terenie, gdzie mieszkam, i zapoznać się dokładniej z jej życiorysem. Na samych hasłach nie można budować.

Pracujesz teraz nad jakimś nowym projektem?

Kwartalnik „WYKLĘCI” pochłania naprawdę sporo czasu. Oprócz tego pomagam Krzysztofowi Bukowskiemu, synowi kpt. Edmunda Bukowskiego z Wileńskiego Okręgu AK, w spisywaniu wspomnień rodzinnych. Mam nadzieję, że w tym roku lub na początku przyszłego ukażą się drukiem. W ostatnim czasie udało mi się wydać książkę „Znad Prosny nad Odrę. Żołnierz Wyklęty Jan Żurek ps. Groźny” Dariusza Żurka, niesamowite wspomnienie syna o ojcu, jednym z wielu żołnierzy powojennego podziemia antykomunistycznego. W historii tej w skali mikro zawarte są dzieje Polski z lat powojennych. Oprócz tego ukazała się też płyta „Zachowali się jak trzeba. W hołdzie Żołnierzom Wyklętym”, zawierająca pieśni poświęcone naszym bohaterom. Teksty napisała pani Barbara Lipińska-Postawa, muzykę komponował ks. Wojciech Kałamarz CM, a wykonuje je o. Tomasz Jarosz CSsR – baryton. Pomysłów zatem jest wiele. Oby wystarczyło czasu i życzliwych ludzi.

Za chwilę kończysz studia – pomijając aplikację – jak widzisz swoją dalszą działalność?
-Nie planuję aplikacji po zakończeniu studiów. Studia prawnicze są ciekawe, rozwijające, uczące precyzji i logicznego myślenia, ale nie wiążę z tym swojej przyszłości. I staram się też daleko nie wybiegać przyszłość. Nauczyłem się już, że życie przerasta nasze oczekiwania, marzenia i ambicje. Toczy się w niezależny od nich sposób.

Całkiem możliwe, że ten wywiad przeczytają młodzi ludzie, dla których Twoje osiągnięcia będą powodem do inspiracji.  Czy jest coś, co możesz im podpowiedzieć lub chciałbyś im przekazać?

-Nie czuję się osobą z takim autorytetem, by móc podpowiadać coś osobom niewiele od siebie młodszym. Mogę tylko zachęcić do rozwijania swoich zainteresowań, czynieniu w życiu „czegoś więcej” niż jest od nas wymagane. To sprawia satysfakcję, angażuje, pomaga w przeżywaniu szarej codzienności i zmaganiu się z kłopotami. Dzięki naszej drobnej cząstce tworzymy wspólne dziedzictwo Kościoła, cywilizacji łacińskiej i kultury narodowej.

Rozmawiała Katarzyna Olszewska

Wilczęta – Spotkanie autorskie z Kajetanem Rajskim

Podobają Ci się takie wydarzenia, chciałbyś, aby było ich więcej?
Przekaż darowiznę na konto ŚCK! Szczegóły w zakładce „WESPRZYJ NAS